Dzień pozytywnego myślenia

latteSmog unosił się nad miastem i było naprawdę szaro. Nawet śnieg, który niedawno spadł , był w odcieniu betonu. Nieekologiczni sąsiedzi dokładali do pieca ostatnie plastikowe głowy od lalek. Ciśnienie leciało na łeb na szyję, a metereopaci popadali w czarną dziurę myśli, z której na szczęście, dla własnego dobra nie wypadali.
Ale nic to – w radio ogłosili, że jest dzień pozytywnego myślenia. Czytaj dalej

Rzeczy niezbędne

img_5260Jeśli ktoś  w średnim wieku, a konkretniej kobieta,  postanowi  umrzeć  przytłoczony nadmiarem rzeczy,  nie powstrzymasz go.

Hexe miała właśnie wypić kawę, ale okazało  się, że trzeba wyjąć pranie z pralki. Nic szczególnego. Niby.

Umysł Hexe zwykle wirował tuż nad praniem, prasowaniem czy gotowaniem. Jakby  prace domowe uwłaczały jego godności. Nigdy więc Hexe nie była do końca pewna, czy akurat  robi kotlety mielone, czy właśnie tworzy program szkolenia.

Hexe skierowała swe kroki do łazienki, aby wyjąć pranie, gdy jej wzrok padł na wiadro.  Nie byle jakie  wiadro! Było to wiadro składane! Z nim  któregoś dnia Hexe wróciła z supermarketu dumna jak paw.

Wtedy odbył się między Hexe a jej mężem następujący  (lub podobny) dialog: Czytaj dalej

tulipany

Gdyby Adam miał alergię na jabłka…

Hexe wiedziała, że są dni, z którymi nie ma co walczyć. Trzeba się poddać i zanurzyć w słodkim lenistwie, obserwować życie i nie przeszkadzać mu płynąć.
Jeden z takich dni właśnie nadchodził. Hexe wiedziała o tym, bo łamało ją w kościach jak mało kiedy. Księżyc był w pełni. A na domiar wszystkiego NASA podała, że zmieniają się znaki zodiaku. Niby to nie miało znaczenia, bo Hexe nadal pozostawała Rakiem, ale mąż z dnia na dzień przestał być Wodnikiem, co zupełnie wyprowadziło Hexe z równowagi.
Mogło ją uratować tylko spotkanie z przyjaciółką.
Spotkały się w domu Hexe. Usiadły przy stole z Ikea. Hexe podała kawę i szarlotkę, która wyjątkowo jej się udała.
- Gdyby Adam miał alerie na jabłka inaczej potoczyłyby się losy świata – zaczęła Hexe zadumana, patrząc na ciasto Czytaj dalej

Hexe chiała być idealna

Hexe chciała być idealna. Idealna w sposób nierówny i pozostawiający wiele do życzenia. Nie aż  tak wiele może, jak kobiety na obrazach Picassa. Jednak idealna właśnie w  nierównościach garneki włosach lekko zmierzwionych.

Mąż Hexe miał pragnienia z nią związane.

Pragnął by zawsze myła po sobie garnek.Konkretny. Ten po mleku.

Jednak sposoby, które Hexe stosowała, by temu zaradzić,  jakoś nie działały.

Nawet z wyliczanek, które prowadziła sama ze sobą, nigdy nie wypadało na nią, żeby ten cholerny garnek umyć.

Widać los tak chciał… albo co.

Hexe skrycie próbowała to zdiagnozować. Nie podejrzewała siebie o złe intencje albo o działanie na czyjąś szkodę. Na koniec doszła do wniosku, że cierpi na  „garnkus appoplexuss” – wrodzoną niechęć do mycia garnków po mleku. To usprawiedliwiało jej zachowanie. Zdarzało jej się mówić garnkowi „Fuck you”, patrząc na niego ze złością. A gdy była w bardziej eleganckim nastroju po prostu go olewała. Nalewała do niego wody i zostawiała samopas w zlewie. Oświadczała wtedy z dużym zdecydowaniem w głosie (jakby ktoś miał ją usłyszeć, choć była sama w kuchni) : „Do odmoczenia” i szybko wychodziła.

Była mistrzynią w niszowej dziedzinie: w prokrastynacji mycia garnków. Tych po mleku.

„Dla dobra sprawy powinno się diagnozować niechęć do mycia garnków u lekarza” – myślała Hexe, a lekarz wystawiałby takie zaświadczenie, jak przy dysleksji i z głowy. Potem już można by do końca życia nie myć. Albo myć od czasu do czasu, mimo to. A wtedy wszyscy biliby brawo, że nam się udało.

Diagnoza na piśmie wydawała się być idealnym rozwiązaniem, a Hexe gotowa była  ją nosić razem z dowodem osobistym,  celem okazania u znajomych.

Wiecie, niektórzy pod pozorem: „Czuj się jak u siebie w domu” mogliby chcieć, aby i u nich garnki myła. Lub choćby talerze.

W takich przypadkach Hexe wyjmowałaby z torebki lekko pomiętą już kartkę z orzeczeniem, o nie do końca pełnej sprawności w myciu garnków, mówiąc coś w rodzaju:

-„Hm, no wiesz, chciałabym Ci pomoc ale…”

I wtedy wchodziłaby w rolę ofiary tak miękko i ze spokojem… I  doświadczyłaby tego kiwania głowami koleżanek, ich pełnego zrozumienia, zatroskanych spojrzeń jednej czy drugiej:

-Aha, aha nie wiedziałam.. – mogłaby wtedy powiedzieć któraś

„Cudowne byłoby to rozwiązanie – zaświadczenie na piśmie”  - marzyła sobie Hexe.

I mąż by się nie czepiał…

A tymczasem… tego dnia, garnek nieumyty leżał sobie jednym bokiem w zlewie i świecił niedomytą emalią.

Niby tak fikuśnie.

Nic nie wskazywało na to, że tej fikuśności  nie dostrzeże mąż Hexe.

Pewnie każdy ma swoje wyczucie fikuśności i to może wiele tłumaczyć.

Poza tym całkiem możliwe, że tolerancja na fikuśność zupełnie zmienia się w dni „na opak”.

Normalnie może wynosić dajmy na to dziesięć, a w dni „na opak” spaść może do jednego.

„Dzień na opak” wypadł tym razem w niedzielę. Może nadszedł za karę, bo nie poszli do kościoła, a może statystycznie przypadł: jak na każde małżeństwo ( co jakiś czas).

Niemniej nie był to przyjemny, pierwszy dzień wiosny i chociaż Hexe już dokładnie nie pamiętała, jakie konkretnie słowa padły w tej pełnej napięcia wymianie zdań, jedno było pewne: chodziło o nieumyty garnek po mleku.

Dyskusję,  trzeba było przerwać, bo przyjechali znajomi.

Ciasto na ich przyjazd już się piekło. Zerkało na wszystkich  przez lekko zaparowaną szybkę piekarnika. W kuchni było ciepło, pachniało czekoladą i migdałami.Naprawdę miało szansę zrobić się bardzo przyjemnie.

Temat garnka jednak jakoś męża Hexe uwierał, bo w pewnym momencie do czegoś tam nawiązując rzekł do znajomych:

- Bo wiecie, od kilku lat próbuję nauczyć moją żonę, żeby nie zostawiała po sobie w zlewie nieumytego  garnka po mleku.

Przez chwilę zapadła cisza. Po czym znajomy odpowiedział:

-  Wiesz, ja już nie walczę z moją żoną o takie rzeczy…

- Ja też – pospiesznie dodała jego żona – że on rzuca tę swoją  bluzę na podłodze przy wejściu…

Niby ludzie uczą się przez modelowanie, czyli można by wziąć przykład z małżeństwa znajomych i nie oczekiwać, że zmienią się rzeczy niezmienialne.

Ale nie. Męża Hexe to nie przekonywało. Okazało się, że z jego punktu widzenia w hierarchii przewinień niemycie garnków było dużo wyżej niż rzucona przy drzwiach bluza. Zdecydowanie.

Atmosfera była lekko napięta. I wtedy, żona znajomego  powiedziała, tonem  kogoś, kto właśnie podjął decyzję, że złoży  oświadczenie przy świadkach:

- Chcemy zostać chociaż do ciasta.

Nie ma to jak dobrze ustalony cel! Czas pieczenia ustawiony był na 55 minut. Plus wystygniecie przed zrobieniem polewy. Plus polewa i znowu wystygniecie. Nie ulegało wątpliwości: Znajomi byli  zdeterminowani.

Wszyscy z dużą nadzieją spoglądali w  kierunku ciasta. Wkrótce stało się całkowicie jasne, że patrzenie w żaden sposób nie przyspiesza pieczenia.

Znajomi próbowali odwrócić uwagę od newralgicznego tematu garnka, który to temat jeszcze się nie wyczerpał.

Ona w  nerwowy sposób podnosiła  co jakiś czas różne elementy zastawy stołowej, spoglądała na swego męża i pytała „Czy to nie Włocławek?” a on nieustannie i ze spokojem odpowiadał: „Nie kochanie, już Ci tłumaczyłem, że Włocławek jest taki charakterystyczny…”

W ten sposób udało im się podnieść i przeczytać napisy na spodzie filiżanki, spodeczka, deserowego talerzyka i tak to trwało do momentu, aż zapiszczało ciasto.

Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Nawet w miarę bezkolizyjnie udało się  wypić wspólnie w  jednym z serwisów „nie z Włocławka” herbatę.

I nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić potem.

Gdy znajomi wyszli, Hexe i jej mąż skupili się na wspólnym myciu i wycieraniu serwisu kawowego „nie z Wocławka” ( bo wiadomo, Włocławek jest taki charakterystyczny) Niby w komitywie, niby to w zespole, mąż Hexe i Hexe milczeli. I w tym milczeniu byli przerażająco kompatybilni. Synergia była taka, że brakowało słów.

Nie dało się już ukryć ich braku i każdy poszedł do swoich jakże ważnych słów na smartfonach i w komputerach.

A gdy Hexe została sama ze swoimi myślami,  obudziły się stare demony, a stare demony obudziły jeszcze starsze demony. (Wiadomo hierarchia musi być)

Nie było lekko. Bo demony raz rozbudzone, szczególnie te starsze, dają popalić.

Demony Hexe – jakby je opisała Krystyna Czubówna -  z dobrym rezultatem unikają zabiegów kosmetycznych. Dlatego mają wrażliwe ego, kolczaste serce  i ostre, długo hodowane pazury. Do tego dość duże, wydęte wargi, żeby podkreślać to, że im nie podskoczysz, i że już nigdy i w ogóle. Zarzekać się umieją dumnie i przekonująco. Do tego jeżdżą na motocyklach niespodziewanie robiąc „wrr” tuż przy uchu i za chu..a nie zdążysz ich zobaczyć we wstecznym lusterku. (Tego ostatniego zdania to już chyba nie przeczytałaby K.Czubówna)

I tak sobie te demony z Hexe poczynały.

Hexe była więc już w swoich myślach ofiarą słownej, (a to gorszej przecież) przemocy domowej, była tez Xeną dumną wojowniczką, rzucającą mężowi wyzwanie; była indiańską kobietą o imieniu: „Ta, która nie przyjmuje kwiatów”, była też skrzywdzoną małą dziewczynką. Na koniec była sama sobie  winna.

Nie mogła się do końca zdecydować, co naprawdę czuje i która rola będzie najlepsza, wiec nieprzerwanie próbowała wszystkich. Myślała też czy się nie rozchorować, ale koniec końcem  ta Xena  wydała jej się jakaś pociągająca.

To przymierzanie się do różnych ról na dobre Hexe wciągnęło.

Była więc nawet lekko rozczarowana i zaskoczona, gdy mąż przyszedł i  mocno ją przytulił, mówiąc: „Przepraszam”.

Czas musiał minąć. Demony się zmęczyć. Rozum, co był na dluuuugiej gumce wrócić, a serce z demonowego uścisku uwolnić.

Widać, motyla noga, nie zawsze  można tak po prostu przyjąć przeprosiny.

Podobnie,  jak się nie da zjeść  deseru, zaraz po  potencjalnie strawnym obiedzie.

Hexe doszukała się też  interpretacji martyrologicznej: jak człowiek sam siebie z pełną mocą  i zapamiętaniem, nie szczędząc efektów specjalnych  w swoich myślach ukrzyżuje, to potem się tak łatwo nie może dać przeprosić.

Zwykła przyzwoitość  nakazuje zachować pozory.

Trochę więc się Hexe opierała, w imię tej właśnie przyzwoitości…

Łatwiej zjeść batona niż zrobić sobie przerwę

- Z niektórymi działaniami, jest jak z prezesami w firmach… – koleżanka spojrzała na Hexe wymownie, popijając herbatęZANIM ZACZNIESZ POPRAWIAĆ ŚWIAT PRZEJDŹ SIĘ TRZY RAZY PRZEZ SWÓJ WŁASNY DOM
- Lepiej byłoby je porzucić? – domyśliła się Hexe
-Taak – odpowiedziała tamta, lekko przeciągając „a” i rozglądając się na boki
Spotkały się bądź co bądź w kawiarni i nie wiadomo było, czy jakiś prezes nie siedzi obok przy stoliku.
- I to jest powód, dla którego się ostatnio nie odzywałaś? Praca, której nie porzuciłaś? – spytała Hexe- przybierając ton pełen obrazy
- Tak, wiem, wciąż pracuję… – ale kto tego nie robi? – zapytała tamta, odwracając wzrok
- Taak, a jak nie pracujesz, to śpisz, nie odzywasz się, chowasz pod kołdrę jakbyś miała depresję – powiedziała Hexe może trochę zbyt szybko
-To nie jest prawdziwa depresja, ja po prostu czasem choruję na pracę – odpowiedziała koleżanka, a ton jej głosu zmienił się na smutny
- Aha – odpowiedziała Hexe ze zrozumieniem – choć niejasno przeczuwała, że „chorowanie na pracę” mogło oznaczać bardzo różne rzeczy. Niektórzy mieli biegunki, a inni zwyczajnie uciekali w pracę z okrzykiem: „Nas nie dogoniat”.
- Wiesz… przywództwo w niektórych firmach niepokojąco przypomina przywództwo w kurniku. A i te boksy jakoś tak… – zauważyła koleżanka
- No dobrze już, nie ma się co rozczulać… – przerwała jej Hexe, po czym dodała: „Jakoś sobie z tym poradzimy – powiedziała baba rozgniatając pchłę”
-Cooooo? – zapytała koleżanka nieco zbyt głośno, aż kilka osób przy stolikach obróciło głowy w ich stronę
- Mój syn słucha aktualnie bajeczek o Rasmusie i tam jest pełno takich śmiesznych, ni ta mądrych , ni to głupich powiedzonek
- Niezłe… -stwierdziła koleżanka i… postanowiły zamówić po bezie. To osłodziło im życie i pozwoliło pożegnać się w dobrych nastrojach.

Rozmowy zazwyczaj miały tendencję do inspirowania Hexe. Takie już były.
I ta rozmowa dolała oliwy do tlącego się od jakiegoś czasu ognia.
Hexe trochę prowokowała koleżankę. Co było robić?
Ale ktoś, kto dobrze znał Hexe wiedział, że w jej życiu praca też była bardzo ważna; praca a właściwie „robienie”. Na nieszczęście w głowie Hexe, DZIAŁANIE jakoś się wiązało, węzłem gordyjskim chyba, ze sposobem myślenia, że: „NALEŻY, TRZEBA I POWINNO SIĘ”.
A przymus działania – jak zauważyła Hexe – nijak się miał do niesienia z prądem rzeki. Czasu też nigdy nie starczało na opalanie się nago. ( Bo przecież jakiś czas zajmuje zdjęcie ubrań, kremowanie ciała. Nie mówiąc już o wcześniejszej depilacji czy zaakceptowaniu siebie).
Kiedy Hexe to zrozumiała, poczuła że czas na zmianę, jak to mówią „w tej materii.”
Niby miała cel i niby tylko ona mogła go porzucić.
Ale ona jakoś nawet zacząć nie mogła.
Tym razem.
Znała te wszystkie zachęty w rodzaju że „Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Jakoś to spójne było z udowodnioną w praktyce filozofią Kaizen, że tam kawałek po kawałku…ale trudno było jej te różowe okulary entuzjazmu nałożyć na nos i dać się ponieść.
Tym bardziej, że Hexe lubiła mieć rezultaty. W tym podobna była do wspomnianych prezesów od zarządzania kurnikami.
Trochę światła na zagadnienie rzuciła jej rozmowa z inną koleżanką, która właśnie zaczęła się specjalizować w psychologii procesu
- To jakiś „próg” masz na to – sugerowała jej tamta – na to, że: „musisz działać”- dodała, żeby wszystko było jasne
- No pewnie tak… – odparła w zadumie Hexe – i tu opowiedziała jej o różnych swoich działaniach, które właśnie kończyła
- A przerwę sobie zrobiłaś? – zapytała koleżanka tak po prostu
- Hexe zatkało…poczuła się tak, jakby w ostatniej chwili, mocno wyginając ręce do tyłu udało jej się uchwycić zapięcie od stanika i wreszcie go zapiąć
Dodatkowo czuła się tak, jakby pierwszy raz usłyszała słowo „przerwa”. Dla ścisłości: jakby usłyszała je pierwszy raz od bardzo dawna.
- Jesteś tam? Hallo? – zawołała koleżanka, zaglądając jej w oczy
- Tak – odpowiedziała cicho Hexe – PRZERWĘ mówisz?
- No przerwę – koleżanka wydawała się lekko zniecierpliwiona
- Z tego, co opowiadasz, to właśnie zakończyłaś jakiś etap, a jesteś z tych działających i chyba…powinnaś zrobić sobie przerwę – koleżanka tłumaczyła, jak dziecku.
Hexe nadal na nią patrzyła.
- Musisz się ze sobą na tę przerwę umówić – dodała jeszcze koleżanka – chyba tylko po to, żeby Hexe dobić
Nikt nie mógł wiedzieć, z czym się dla Hexe wiązało słowo przerwa – a dokładnie rzecz ujmując: przerwa w działaniu, przerwa w pracy.
( No, może jedna koleżanka by ją zrozumiała, ta co w ramach work-life balance, będąc na etacie, założyła sobie firmę, żeby po pracy coś robić po godzinach)
Hexe naprawdę bardzo chciała się ze sobą na tę przerwę umówić, ale jakoś nie mogła. Nie potrafiła jednoznacznie się określić: od kiedy do kiedy ta przerwa, nie umiała dać sobie pozwolenia.
Jak mawiają Ci bardziej bezpośredni: „Ni chu..a nie szło”.
Aż wreszcie przyszedł TEN dzień.
Bo zawsze w końcu przychodzi TEN dzień. Ci bardziej wtajemniczeni mówią nawet, że TEN dzień przychodzi każdego dnia.
Ale nie jest to naukowo udowodnione.
Dla Hexe, był to dzień, w którym jej syn słuchał po raz kolejny bajki o Rasmusie. Tej – pełnej różnych śmiesznych powiedzonek.
„Dobrze jest jak jest – powiedział chłopiec, któremu paliły się włosy.” – doleciało do uszu Hexe z jego pokoju.
Odeszła od komputera. I wtedy przyszło jej do głowy, żeby umyć okna.
Ale nie tak zwyczajnie, po prostu umyć.
Postanowiła umyć je Z PRZERWAMI.
Bardzo to ważne dla Hexe było, bo przecież zawsze dotąd z motyką na słońce się rzucała: jak kochać to na zabój, jak sprzątać: to do końca.
A teraz po prostu jedno okno sobie umyła ( wprawdzie z dwóch stron, ale i tak była z siebie dumna), a potem zaparzyła herbatę w ładnej białej filiżance i wróciła jak gdyby nigdy nic do komputera, co w dzisiejszych czasach mogło oznaczać: do pracy.
Jej praca łamana była na pół: trochę dla domu, trochę dla biznesu. Nie, żeby równo, ale sprawiedliwie dzielona każdego dnia.
I od tego mycia okien się zaczęło.
To, na czym się Hexe od tego dnia się skupiała to była P R Z E S T R Z E Ń.
( Na swój prywatny użytek uznała, że przerwy śmiało zaliczyć można do przestrzeni)
Głównie chodziło jej o przestrzeń dla siebie. Nie spodziewała się, że będzie jej potrafiła zająć tyle co Sławomir – król rock polo w internecie, ale postanowiła zawalczyć.
Najpierw rozprawiła się z przestrzenią garderoby, potem poszło z dymem 5 lat dokumentów, faktur firmowych, a następnie przeniosła się z pracą, czyli z komputerem do pokoju na pierwszym pietrze. Może wreszcie dotarło do niej, że jak spaść to z wysokiego konia, a upadek z wysokość pierwszego piętra nie uwłaczałby godności nawet doświadczonego jeźdźca.
Wreszcie miała swój pokój do pracy, a w nim światło z okien dachowych.
Może to światło, które płynęło z góry, a może po prostu wiatr zmian…ten sam, przy którym jedni budują mury a inni wiatraki, wywiał z głowy Hexe niektóre przekonania w rodzaju, że „trzeba cały czas działać”.
Hexe odkryła, to, co wielu innych ludzi odkryło przed nią, że: „robienie ciągle”, „robienie bez przerwy”, „robienie na siłę”, „robienie za kogoś” nie jest wydajne. Za to wydajne są:
p r z e r w y miedzy robieniem.
Choćby po to, żeby mogła wpaść odrobina światła.
Doszła do wniosku, że jeśli w ogóle jest jakieś miedzy, to ono służy.
W końcu nie da się pracować bez wytchnienia, w łóżku każdej nocy spać „na łyżeczkę” a i pisanie bez spacji ciutniewyraźnebyćmoże.
Dzięki przerwom Hexe miała czas zachwycić się kolorowymi ubraniami, ziemniakami gotowanymi w mundurkach i chińskimi przysłowiami.
I jedno z nich właśnie w przerwie pomiędzy sprzątaniem kolejnych szuflad i zakamarków przyszło jej do głowy: „Zanim zaczniesz poprawiać świat, przejdź się trzy razy przez swój własny dom”.

Klinika Piękna

Prezent gwiazdkowy zaskoczył Hexe jak zwykle, pod choinką.
Był zapakowany w pudełko przewiązane fioletową wstążką. Samo to już dobrze Hexe nastrajało, bo fioletowy był taki elegancki.
W pudelku znalazła Hexe zaproszenie do…zima
Kliniki Piękna…!!!…
Wiele myśli natychmiast skołtuniło się w głowie Hexe i nijak nie mogła ich rozprostować.
Jakiś rozjazd jej zdaniem był między pięknem a kliniką. Wydawało się Hexe, że jedzie się do nich w dwóch rożnych kierunkach.
Może dlatego, że nie była osobą, która wraca do domu, ponieważ zapomniała włożyć do walizki suszarki do włosów. Raczej zwolenniczką była naturalnego suszenia…  Czytaj dalej

Jaja z pogrzebu…?

pogrzeb_informatyka

Hexe była zachwycona. Jej zachwyt podszyty był delikatnym drżeniem warg w uśmiechu.
Nie dawało jej spokoju także to światełko w tunelu, takie lekkie migotanie na razie.
Pamiętała, że: „ jak przechodzisz w inny wymiar, to pojawia się światło”….Tak przynajmniej było w kilku książkach, które czytała, no i w Shreku.
Ta wiedza chyba jej się do niczego nie miała przydać, ale nigdy nie wiadomo…
Ostatnie wydarzenia w jej życiu, które śledziła z narastającym napięciem wypluły ostatecznie informację, że są obszary, w których nie ma czego szukać i na co czekać. Południowy wiatr rozwiał wszystkie wątpliwości i najwyraźniej wskazywał jej lekko inny niż dotychczasowy kierunek rozwoju. Hexe zrozumiała, co jest ważne dla niej na dziś. Była gotowa sprawdzić, czy ma talent, o którym myśli.
Oczywiście się bała.
Lęk przed wielkością albo po prostu zwykły strach, że może się nie udać, paraliżował jej ruchy.
Na szczęście Hexe miała instynkt przetrwania.
Gdy zostaniesz sama w lesie na wielkiej polanie i stracisz kierunek, masz do wyboru: zaufać intuicji albo nerwowo sprawdzać, po której stronie rośnie mech na drzewach. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. Hexe po prostu lubiła mieć wybór.
Patrzyła na ten mech i uznała, że stare, sprawdzone sposoby zupełnie jej nie ekscytują. Nawet jeśli gwarantują chwilowe odnalezienie.
Lepiej może się z entuzjazmem zagubić niż zachować stasus quo. Na nie zawsze jest czas. W końcu mech nie zając…
A żeby się skutecznie zagubić, trzeba naprawdę przestać myśleć i wciąż rozglądać dookoła. (Ci, których to dotyczy, wiedzą, o czym mowa.)
Za zagubieniem przemawia też fakt skorzystania z innych niż dotychczasowe, ścieżek mentalnych, nieprzetartych jeszcze żadną ścierką, a na pewno już nie do połysku. Bo do połysku to nie byłoby w stylu Hexe.
„Gdyby to był ostatni dzień Twojego życia, czy poświęciłabyś go na sprzątanie?”– zapytała jej koleżanka ostatnio, usprawiedliwiając się, że ma bałagan w domu.
- No, nie – odpowiedziała Hexe –Raczej wolałabym codziennie umierać, aby nie sprzątać.
- A widziałaś ten pomnik na cmentarzu 1 listopada? – spytała znienacka przyjaciółka.
Hexe przypomniała sobie ten pomnik z brązowego marmuru, bez napisów, o który omal się nie potknęła. Zwróciła na niego uwagę, bo nie było na nim żadnych świec ani kwiatów.
- Taak, jeszcze bez napisu, oczekujący – powiedziała głośno Hexe.
-I ?– pytanie zawisło w powietrzu
- Nie żeby mnie zasmucił, raczej zaskoczył. Ja bym na to nigdy nie wpadła. Chyba nie należę do osób, które stawiają sobie pomnik za życia – nie żebym była niepraktyczna. Właśnie ze względu na praktyczne podejście bym tego nie zrobiła.
Po prostu nie sądzę, aby moje uszy – kontynuowała Hexe – uległy rozpadowi później niż reszta ciała.
- I ???? – przyjaciółka patrzyła na Hexe z niezrozumieniem
- Więc nie dane mi będzie słyszeć: „Co ludzie powiedzą” – zachichotała Hexe, patrząc na minę przyjaciółki
-A może…- dodała jeszcze, bo pewien absurdalny pomysł przyszedł jej do głowy…
- No…- zapytała koleżanka odwracając głowę
- E, nic… – Hexe zastanawiała się, czy chce o tym powiedzieć.
- No…– naciskała koleżanka
- No może jakbym już się zdecydowała na jakiś rodzaj nagrobka, to dlaczego by czegoś na nim nie napisać ?
- Na przykład? – ….
- Jak już mieć kontrolę – to z rozmachem iść na całość….
- I co byś napisała? – zapytała zaintrygowana przyjaciółka, patrząc na Hexe wyczekująco.
- Steve Jobs powiedział, że nie chciałby być najbogatszym człowiekiem na cmentarzu. I ten sposób myślenia jest prostszy – np. nie chciałabym być osobą, która ugotowała w swoim życiu 6 tysięcy obiadów albo sprzedała największą ilość kart kredytowych w regionie albo na przykład była trenerem roku 2004…
- No ok, ciekawy wywód. To co byś wpisała – dopytywała coraz bardziej zniecierpliwiona przyjaciółka.
- Hexe wiedziała, że ona nie odpuści i że trzeba szybko coś wymyślić. Nie pozostało jej nic innego, jak faktycznie się nad tym zastanowić.
- Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wpisać coś w rodzaju: ”W swoim jakże intensywnie prowadzonym życiu miała czas na zabawę z dzieckiem, sex z mężem, spotkania z ludźmi i napisanie kilku książek…”
- I to byłaby prawda? – koleżanka patrzyła na Hexe swoim twardym wzrokiem….
- Nie, no coś Ty: taki zwykły pozagrobowy PR, ale dobrze brzmi – odpowiedziała Hexe tarzając się prawie ze śmiechu
Przyjaciółka wyglądała na lekko oburzoną…- Hexe postanowiła więc jakoś złagodzić sytuację, dodała więc:
- Wiesz, wszystkiego nie da się umieścić na nagrobku – zirytowała się Hexe – poza tym, powiedziała usprawiedliwiająco, mam nadzieje, że ktoś by tam ze mną leżał, no i też by mu trzeba zostawić miejsce na wpis…
- Taaa- odpowiedziała koleżanka
I po tych słowach się rozstały…bo Hexe ( oczywiście i tylko i wyłącznie w ramach work-life balance) poszła gotować swój 6001 obiad.
P.S.
Aha, a gdyby Hexe była trenerka albo coachem rozwoju osobistego, to oczywiście zapytałaby na koniec: Co Ty byś umieścił/a na swoim nagrobku?
I ponieważ:
1. Wszystkie chwyty dozwolone
2. To tylko blog
3. Można kłamać
Jak masz pomysł to wpisz to w komentarzach☺ Będzie jej miło przeczytać, zakładając, że uda się jej jakoś przeżyć to kolejne gotowanie i wróci…

Na zdrowie!

IMG_1676lekarz
W szpitalu, w którym Hexe była z dzieckiem (Kacper miał operację), działały zupełnie inne mapy niż te, które znała. I nijak nie mogła się połapać, jak one mogą prowadzić do zdrowia.
Przekonała się jednak, że :
1. Interwencja chirurgiczna bywa w niektórych przypadkach niezbędna i pomocna.
Podobnie jak wizyta u dobrej krawcowej, jeśli masz do naprawy jedyny płaszcz . I w dodatku wielkimi krokami zbliża się jesień. Czytaj dalej

Poszlaki

zdjecie„Mój rekord długości prowadzonej rozmowy z kobietą: od stacji metra Świętokrzyska do Radzymina. Trzydzieści pięć kilometrów w drodze i chwila na ławce. Zupełnie wystarczające na opowiedzenie sobie kawałka życia. Nie mówię, że rekord nie do pobicia. Nie prowokuję, bo nie lubię przegrywać.
Z mężczyzną tak rozmawiać się nie da. Mężczyzna bardziej lakoniczny jest.
Z kobietą idzie to warstwowo. Nawet gdy rozmawiasz przez telefon i dzieli Was 400 km, to rozmowa odbywa się jakby przy kawałku tortu.
Konsumpcja z pełnym pakietem przyjemności odkrywania. (Cholera wie, czy nie najważniejszy jest ten pakiet?) Najpierw z wierzchu, takie próbowanie delikatne, a potem coraz głębiej, aż wreszcie dociera człowiek do ulubionego smaku. Ach…
Jeżeli jest się wystarczająco ciekawym i rozmowa trwa wystarczająco długo, czyli do wylizania kremu z talerzyka, każda wraca do swoich zajęć wypełniona słowami i nasycona. Na jakiś czas. Upewniona w swoim, bo przegadane i wysłuchane.”
Tak sobie myślała Hexe, trenując właśnie medytację w ruchu, czyli krojenie frytek na bardzo równe części.
Wcześniej zaczęła oglądać film „Wkręceni 2”. Właściwie nie bardzo wiedziała, czy to z powodu toczącej się kampanii wyborczej, czy po prostu dlatego, że mąż zostawił ten film na dysku. Film się zawiesił; trwało uruchamianie systemu Windows i do tego wyczerpywała się bateria. Czytaj dalej

Potrzeba zmiany

zmiana-przebudowa-wartosci- Jak to było z tą potrzebą zmiany?– zapytała Hexe

- Aha – przypomniał sobie kolega – o to chodzi; to szło mniej więcej tak: Pewien trener zapytał dużą grupę ludzi siedzących na sali: Kto chce zmienić świat? – wszyscy podnieśli ręcę. Las rąk w górze. Optymizm w sercu pytającego. Kto chce zmienić siebie? – padło drugie pytanie. I…nikt nie podniósł ręki.

Po tej rozmowie, Hexe jeszcze rozmyślała nad deklaratywną potrzebą zmiany u ludzi. To oczywiście dotyczyło także jej.

Hexe od lat uczyła innych o tym, że warto słuchać swojego ciała. I była o tym szczerze przekonana. A teraz czuła się jak ekspedientka z pobliskiej cukierni, która dotąd sprzedawała lody, od dawna ich nie próbując. Profesjonalnie, w foliowych lub silikonowych rękawiczkach, aby przypadkiem tych lodów nie dotknąć. Pytała tylko uprzejmie: „Z posypką czy bez?”. No i było, jak tam klient sobie zażyczył. Czytaj dalej